Rozmowa o kobiecości i zmianach

Zacznijmy ab ovo, czyli od pierwszej fotografii. Co było dla Ciebie
ważniejsze – narzędzie, które chciałaś sprawdzić czy obiekt, który
miałaś zarejestrować, uwiecznić? O ile pamiętasz jeszcze ten
moment?

Tak, pamiętam dokładnie! Od zawsze podziwiam świat, a jeszcze
bardziej podziwiam ludzi. Jestem ich ciekawa. Od zawsze szukam
czegoś w człowieku. I najczęściej to znajduję. Narzędzie – zrządzeniem
losu – wpadło mi w ręce później. Gdy chwyciłam swój pierwszy aparat
fotograficzny, taki półprofesjonalny, uświadomiłam sobie, że dzięki niemu
wreszcie będę mogła pokazać, jak ja widzę rzeczywistość i przepuszczę
przez niego całą swoją obserwację świata. I jak już złapałam, to nie
puściłam.


Zawsze fotografowałaś ludzi?

Zawsze to był detal. I w naturze, i w architekturze, i w człowieku, także w
pracy, jaką ten człowiek wykonuje, bo w fotografii pokazuję też, jak
ludzie rozwijają się zawodowo. Wbrew pozorom, im mniej się pokaże,
tym więcej można odczytać. Detal jest bardziej intrygujący. Odbiorca chce się zagłębić w takie zdjęcie, chce je dalej odkrywać. Gdy fotografujesz postać od góry do dołu, znika czar.

Siła detalu to Twoje odkrycie?

Pokazywanie świata przez detal jest wpisane w moje DNA. Tak jak
minimalizm, czysta forma. Nie interesuje mnie nic, co jest oczywiste.
Doszukuję się głębi, drugiego dna.


Jaka jest geneza projektu „12 Kobiet“?

Wymyśliłam go ponad 2 lata temu, ale przyszła pandemia i zburzyła
moje plany. Postanowiłam przeczekać. A 24 lutego 2022 przyszła wojna.
Dotarło do mnie, że nie można odkładać życia na później.
„Robię to!“ –zdecydowałam wreszcie.
Przez wiele lat przyglądałam się kobietom świetnie funkcjonującym w biznesie – zajmującym eksponowane stanowiska, odnoszącym sukcesy, spełnionym, dynamicznym, które jednocześnie chowają swoją kobiecość albo już jej nie rozpoznają.
Mam tu na myśli styl i postawę w
miejscu pracy. Pomyślałam, że to jest ogromna strata. Potencjał, jaki tkwi w kobiecości po prostu się marnuje, ponieważ my go świadomie kasujemy.

W świecie biznesu nierzadko automatycznie przyjmujemy wzorce stworzone przez mężczyzn.
Miałam na to wewnętrzną niezgodę.
Tym bardziej, że na planie zdjęciowym spotykałam na pozór  chłodne bizneswomen, które w trakcie sesji okazywały się ciepłe, serdeczne, hojne. Dotarło do
mnie, że one w ogóle nie myślą o swojej kobiecości jako atucie czy wartości.
Mało tego, odnosiłam wrażenie, że ona im przeszkadza. W męskim świecie kryją się z nią, by się dopasować.
I gdybyśmy się jeszcze dobrze czuły z tym chowaniem własnej natury po kieszeniach.
Ale wcale nie! Jesteśmy tym zmęczone. W skrytości serca
marzymy, by ktoś nas w czymś wyręczył. Mało tego, zaczęłam
rozmawiać z mężczyznami na ten temat i okazało się, że oni tęsknią za
naszą kobiecością. Nasza „męskość“ ich dezorientuje, nie wiedzą, jak
z nami postępować. „Wszystko sama“ i „Wszystko najlepiej“ – Ja też
należałam do gatunku niezależnych, samodzielnych,
samowystarczalnych. Aż zobaczyłam, że potrzeba wyciągnięcia
kobiecości na zewnątrz daje o sobie znać po dwóch stronach.

To niczym wejście na ścieżkę ulgi.

Dzięki idei tego projektu i pracy na planie zdjęciowym wszystkie
wypuściłyśmy powietrze z napiętych ciał, uwalniając to, co jest bliskie
naszej kobiecej naturze – siłę i słabość, determinację i odpuszczenie.
Miałam poczucie, że wszystkim nam daje to mnóstwo radości.
Całkowicie się z tym utożsamiłyśmy.
W projekcie wzięły udział kobiety w różnym wieku. Najmłodsza –
Matylda, modelka, miała 16 lat. Najstarsza była po 60-tce. Mój przekaz
był taki, żeby kobiety, niezależnie od wieku, zaczęły żyć pełnią swoich
możliwości, a te młode nie poszły w kierunku sztuczności,
nieprawdziwości, ulegania trendom, które zniekształcają je fizycznie i
psychicznie. Tak, mam tu na myśli nieumiejętnie stosowaną medycynę
estetyczna. Zależało nam na tym, żeby przez ten projekt powiedzieć: „Ja
nie muszę nikogo udawać.
Jeśli coś robię to w wolności, nie pod obyczajowym przymusem. Nie boję się być tym, kim
chcę być. Pozwalam sobie na słabość, niepewność, pozwalam sobie na
niewiedzę, na bezradność. Nie udaję superhero“.

Masz poczucie, że Ci się to udało?

Skalę chyba osiągnęłam za małą. Marzy mi się wielka społeczna
dyskusja na ten temat. By dopełnić swój komunikat do świata,
zamierzam stworzyć drugą odnogę tego projektu – portrety dwunastu
mężczyzn.


Oni także potrzebują uwagi, obiektywu skierowanego na siebie?

Kobiety muszą usłyszeć męski głos. My się wspieramy, coachujemy.
Istnieją grupy wsparcia, społeczne i biznesowe. A oni znaleźli się na
marginesie naszego zainteresowania.
Wpadłyśmy w samozatrzask. Chcemy być samostanowiące i to jest
ważne, ale często zacieramy różnice pomiędzy dobrym wspierającym
samorozwojem a zapomnieniem, kim jesteśmy, dokąd zmierzamy, czego
potrzebuje nasza kobieca dusza.
Zapędzone w tej roli, odbieramy mężczyznom możliwość adoracji,
zaopiekowania się nami, a przecież też to kochamy.

Zmierzasz do tego, żeby przedstawić męskie spojrzenie na
kobiecość czy męskie spojrzenie na męskość?

I to i to.

Co takiego robisz z kobietami na planie, że odpuszczają kontrolę?

Nie przebieram ich, nie ustawiam. Dyskretnie reżyseruję. 

Trudno być sobą przed obiektywem?

Osobom nieobytym z mediami – trudno. One potrzebują więcej czasu,
żeby się otworzyć. Na planie jesteś odsłonięta. Stoisz przed człowiekiem
z wielką czarną tubą wycelowaną prosto w Ciebie. Nie widzisz się. A w
dobie selfie wszyscy się widzą i kontrolują sytuację.

Dlatego podczas sesji zawsze toczy się rozmowa, wzbogacająca obie
strony, co podkreślam. Jest dużo emocji. I jednocześnie odbywa się
proces psychoterapeutyczny poprzez pracę z ciałem. W efekcie
wytwarza się intymny kontakt.
Ja kocham ludzi. Gdy mam do czynienia z istotą tak ciekawą jak kobieta
i ona mi ufa, czuję się szczęśliwa. I to widać
chyba. Wtedy magia tworzy się sama.
Puszcza napięcie w ciele, bo nie ma strachu o to, czy dobrze wyglądam.

Jak ewoluował Twój styl fotografowania?

Od zawsze kochałam mało skomplikowane formy, przyjazne, spokojne,
naturalne kolory – nude. Od początku wiedziałam, że chcę fotografować
w prostym, surowym stylu. Byłam zdefiniowana, I niech to nie zabrzmi,
jakbym była butna. Długo mieszkałam w Skandynawii, co z pewnością
miało wpływ na moje estetyczne wybory. Surowość formy czy nawet
środowiska do fotografowania na pewno wzięłam stamtąd. I nigdy nie
szłam na kompromisy. Nie zmuszałam się do robienia rzeczy, których
nie czułam. Moi klienci mieli jasno sprecyzowany obraz tego, czego
mogą się spodziewać, nie zakładali, że „ta pani zrobi wszystko, co ja
powiem“. Wniosek – w życiu zawodowym prowadziła mnie kobieca
intuicja. Chociaż zdarzały się skręty, ale w małe uliczki. (śmiech)


Czym się karmiłaś, tworząc swój styl w fotografii? Miałaś swoich
mistrzów?

Fascynował mnie czeski fotografik Jan Saudek, który fotografował
kobiety dalekie od klasycznego ideału piękna na tle brudnych
odrapanych betonowych ścian. Wysłałam mu swoje zdjęcia i odpisał! To
było dawno, gdy stawiałam w fotografii pierwsze kroki.
 Drugi mój mistrz to Peter Lindbergh. Niedawno pojechałam do
Turynu, podziwiać jego prace. Przygotowywał tę wystawę dwa lata.
Niestety nie doczekał inauguracji. Lindbergh działał w branży modowej,
ale dla niego najważniejsza była kobieta a nie produkt, który miała
reklamować. Fotografował w surowy, czysty sposób. Jest moją wielką
inspiracją.
Pamiętam, jak kiedyś usłyszałam od pewnej instagramerki: „Wiesz te
Twoje zdjęcia są takie smutne, chropowate, zmarszczki widać“. Miałam
świadomość, że Instagram lubi, kwiatuszki, puszki, piórka, baloniki –
kolorowo, różowo. Żachnęłam się jednak: „Jeszcze się doczekam swoich
czasów“.

To jest wyzwalająca wierność sobie. Ale trzeba mieć odwagę, żeby
iść za sobą.

Tak samo jest z naszą kobiecością. Jeżeli ja lubię przepastne swetry i
długie sukienki, i glany, i nie lubię się malować, i chodzę w kucyku, to
niech ja sobie tak chodzę! Wiesz, ile ja takich pięknych kobiet
spotkałam?! Ale jeżeli wolę szpilki i ołówkowe spódnice, to nich ja sobie
tak chodzę. Przyzwolenie na to tworzy świat wspaniały, bo różnorodny.

Jak to się stało, że Norwegia stała się tak silnym bodźcem w Twoim
życiu?

Po studiach wyprzedałam wszystko i pojechałam tam za miłością mojego
życia. Ale nie od razu pokochałam ten kraj. Jadąc do Oslo, byłam
przekonana, że jadę do tętniącej życiem stolicy, nowoczesnej metropolii.
A zastałam miasto żyjące w rytmie slow life. Niedaleko od centrum
odnosisz wrażenie, że wyjechałaś na wieś. Zdarza się, że jadąc autem,
nie widzisz człowieka przez 5 minut. Byłam młoda, oczekiwałam czego
innego i przeżyłam poznawczy szok. Chciałam wracać. Kupiłam bilet
powrotny. Już jechałam na lotnisko. W ostatnim momencie zmieniłam
zdanie. To była terapia szokowa. Szybkie, pełne bodźców warszawskie
życie zastąpiłam klimatem zen.
Z czasem przyswoiłam sobie norweskie holistyczne podejście do życia.

Żyjesz równolegle w dwóch światach?

Kiedyś mówiłam, że żyję w rozkroku a teraz, że żyję w pięknej synergii.
To bardzo wzbogaca. Eksploruję Norwegię i przenoszę ją na grunt
polski. Podoba mi się tamto umiłowanie i poszanowanie natury,
spójność, bo to jest wszędzie, w każdej dziedzinie życia.

U Ciebie też. Nawet w tkaninach, jakimi się otulasz czy w wystroju
wnętrz.

Hołduję minimalizmowi i to też ma pewnie skandynawski rodowód.
Imponuje mi to, że Norwegowie tworząc swoje domostwa, respektują to,
co natura wcześniej stworzyła w danym miejscu. Nie wycinają starych
drzew, nie usuwają kamieni. Nie forsują swoich wizji a dopasowują się
do czegoś, co było tam przed nimi. To też przełożyłam na życie. Wiem,
że nie zawsze to, co chcę przeforsować jest dobre. Nauczyłam się
korzystać z mądrości innych ludzi. Z otwartością i pokorą mielę sobie to
w głowie i potem okazuje się, że ich rozwiązania są lepsze.
Chociaż ego nas zwodzi na manowce.
Ono jest potrzebne, żeby jakoś wypozycjonować się w świecie. Ale
niestety jest nienasycone.

„Ego to nasz wróg“, napisał Ryan Holiday. Kto inny napisał, że tam,
gdzie szanuje się naturę nikt nie krzywdzi kobiet.

Tak. W Norwegii panuje klimat prokobiecy i prozdrowotny.

Kiedy pojawiła się u Ciebie myśl, żeby zacząć studiować
psychologię?

Gdy skończyłam 40 lat, czyli kilka lat temu. To taki ważny moment
rozwojowy w życiu człowieka. Wtedy po pierwsze, uświadomiłam sobie,
że procesy psychologiczne od dawna mnie fascynowały, po drugie – że
 to praktykuję w pracy z obrazem, w mojej fotografii. A po trzecie,
jestem już w tym wieku, w którym nic nie muszę i mogę robić, co chcę.
Dałam sobie pół roku na próbę. „Najwyżej polegnę“ – pomyślałam. I nie
dość, że nie poległam, to jeszcze idę jak burza. Jestem zafascynowana
tym procesem, jestem rozkochana w umyśle, w emocjach, w duszy, w
całej naturze ludzkiej.

Dlaczego wybrałaś psychotraumatologię?

Trauma, to jest zmiana, której się nie spodziewamy. A ja się nie boję
zmian. Jestem zmianą. Idealnie funkcjonuję w zmianie. I wiem, że mam w
sobie potencjał i moc do tego, by wspierać ludzi w sytuacjach
traumatycznych, by ich przez nie przeprowadzić i pomóc stanąć na nogi.
Mi to nie jest straszne. Sama doświadczyłam kilku traum. Przeszłam
swój proces psychoterapii i wiem, o czym mówię.

A o czym, mówisz?
Kiedyś może o tym opowiem. Zapewniam, że wiem, co to znaczy. Wiem też,
jak wygląda proces leczenia.

I wierzysz w powodzenie terapii?

Wierzę, że z każdej traumy można wyjść i wieść lepsze życie. Trauma
nie musi niszczyć naszego potencjału, relacji i tego, na czym nam
zależy.

Naprawdę nie boisz się zmian?

Zmiana, jest tym, co mi w życiu towarzyszy. Na świecie też teraz jest to
bardzo znamienne – wszystko jest dynamiczne. To mnie nauczyło
reagowania adekwatnie do sytuacji, podążania za zmianą.
 Nawet, jeżeli nowe okoliczności zmieniają moje
plany, nie traktuję tego jak tragedii. Nie rezygnując ze swoich wizji i
celów, umiem dostosować się do sytuacji.
Człowiek jest całością, ale nie
jest skończoną całością, raz na zawsze zdefiniowaną, sztywną. Cały
czas podlega procesom zmiany.

Nie boisz się, że nie udźwigniesz ciężaru spraw, z którymi klienci do
Ciebie przychodzą?

Nie. Chciałabym, żeby świat był dzięki temu, co robię, trochę lepszy.
Bardzo chcę drugą połowę swojego życia poświęcić na to, żeby ludzie
byli szczęśliwsi.
Ja już jestem szczęśliwa, bo odważyłam się to zrobić. Kiedy dawno temu
pierwszy raz pomyślałam o psychologii, rodzina mnie od tego odwiodła,
mówiąc, że to profesja bez przyszłości. Czułam się zagubiona, nie
wiedziałam, czym się kierować w wyborze kierunku studiów. Ostatecznie
skończyłam dziennikarstwo, ze specjalizacją „Media i komunikacja“.
O uniwersytecie
nawet nie pomyślałam, sądząc, że to za wysokie progi. Wolałam
bezpiecznie, w prywatnej uczelni. Nie chodziło mi o to, żeby było łatwiej,
jednak wtedy brakowało mi pewności siebie. Uczciwie mówiąc, dopiero teraz
cieszę się spokojem i świadomością, kim jestem. I nie zamierzam
zmieniać się na cudze potrzeby – rynku czy pracy. Chcę iść swoją drogą.

Zatem do psychotraumatologii zaprowadziło Cię nie tylko kilka lat
studiów, lecz wszystko, co do tej pory robiłaś na ścieżce
zawodowej i w życiu osobistym?

Tak. Psycholodzy naprawdę dużo czerpią z własnego doświadczenia.
Pomoc, jaką otrzymuje klient to nie jest tylko wiedza
psychoterapeutyczna. Ja jestem wielką zwolenniczką psychologii
humanistycznej Carla Rogersa, która zakłada, że mamy w sobie moc
samouzdrawiania, tylko musimy mieć sprzyjające temu środowisko. W
gabinecie terapeuty, który jest całkowicie oddany klientowi, który stwarza
atmosferę przyjaźni i komfortu, ujawnia się największy potencjał
człowieka i jest szansa na uzdrowienie.

Twój dar otwierania ludzi ujawnił się najpierw na planie zdjęciowym.

Tak, to są moje naturalne zasoby.

Na stronie „Human Mind “ znalazłam słowa Carla Rogersa o
zmianie, z których uczyniłaś swoje motto: „Zdaję sobie sprawę, że
gdybym był stabilny, rozważny i statyczny, żyłbym w śmierci.
Dlatego akceptuję zamieszanie, niepewność, strach, wzloty i upadki
emocjonalne. Jest to cena, jaką gotów jestem zapłacić za płynne,
kłopotliwe i ekscytujące życie". Przewrotne.

Ten cytat mówi o tym, żeby nie bać się ryzykować, popełniać błędów i próbować.
Gdy unikamy wszelkich niebezpieczeństw, jesteśmy, że powtórzę za swoim synem "Martwi w środku"